Previous Entry Share Next Entry
Fikaton, dzień siódmy
bsg::starbuck raiders
pellamerethiel wrote in lost_pl
Dzień 7, prompt 7.
Autor: pellamerethiel
Tytuł: Fotel
Ilość słów: 678
Ostrzeżenia: Fluff!

Nie jestem tym fikiem zachwycona, ale więcej z siebie nie wycisnę, tym bardziej, że napisałam Carlie. o_O To mój ostatni tekst na fikaton, więc kolejny raz dziękuję wszystkim za naprawdę świetną zabawę!
Dedykuję akzseinga i mlekopijca. Proszę nie bić za mocno.

Siedzenie z samolotu wciąż znajdowało się tuż przy granicy z wodą, ale wszyscy mieli tyle ważniejszych spraw na głowie, że zdążyli o nim zapomnieć. Byli zbyt zajęci pakowaniem swych wyspowych dobytków i ratowaniem ich przed nadciągającym przypływem, by przejmować się jakimś dodatkowym, zbędnym przedmiotem, czy też milczącym, wyjątkowo obcym Charliem.

Muzyk pamiętał, a tkwiący nad wodą pasażerski fotel był dla niego niczym wciąż rwący ostrym, paskudnym bólem wyrzut sumienia. Tym razem nie mógł mieć pretensji do nikogo — przecież to właśnie on, całkowicie bezsilny, był z Claire, gdy porwał ich Ethan. Niczego nie pamiętał i stwierdził, że może to i lepiej.
 
Wiedział, że ludzie zwykli omijać Claire wzrokiem czy słowami, gdyż, jak to sama stwierdziła, była dla nich tykającą bombą odpowiedzialności. Właśnie dlatego tak niewiele osób z nią rozmawiało — nikt nie chciał być przy niej, gdy wszystko się zacznie, a jeszcze, nie daj Boże, dojdzie do jakichś komplikacji. Jack chciał, ale to się nie liczyło, bo robił to z poczucia obowiązku, a nie z prawdziwej chęci bycia blisko czy dodania otuchy, na której Claire tak naprawdę zależało.

Brytyjczyk patrzył, ale nie widział, jak Shannon z Boone’m kłócą się o to, kto ma zabrać brudne rzeczy, a Walt posyła do wody piłeczkę tenisową, za którą radośnie nurkuje biały labrador. Przypomniał sobie, jak dzielili się z Claire swoimi cywilizacyjnymi tęsknotami, tymi materialnymi, a w jego wypadku również kalorycznymi. On mówił wciąż o jedzeniu, by nie myśleć o pianinie, lśniącym blasku reflektorów czy Liamie, ona zaś wymieniła między innymi puchate ręczniki, takie same, jakie można znaleźć w każdej porządnej hotelowej łazience.

Później założyli się o masło orzechowe, które już zawsze będzie mu się kojarzyć z wyspą, pustym-pełnym słoikiem i śmiechem Australijki, ale także z porwaniem, bólem i przerażeniem, gdy odkrył, że kolejny raz nie zdołał jej ochronić.

Większość rozbitków starała się go unikać, a jedyną osobą, która mogła spojrzeć mu w oczy, był Jack. Widywali się codziennie, ze względu na wciąż obrzmiałą szyję Charliego i jego odwyk, którego skutki lekarz starał się osłabić białymi pastylkami. Brytyjczyk tłumaczył to sobie tym, że Jack też musiał obwiniać się za porwanie Claire. W końcu to on uznał jej opowieści za halucynacje i jedynym, co dla niej miał, były środki uspokajające.

Charlie odkrył, że nie jest w stanie złościć się na Jacka.

Lekarz nadal robił, co do niego należało, a ludzie traktowali go dokładnie tak, jak wcześniej i potrafili spojrzeć mu w oczy, podczas gdy wzroku muzyka unikali. Nigdy na ten temat nie rozmawiali, bo gdy tylko Jack obejrzał jego szyję i podał mu tabletki, szybko ruszał na pomoc innym pacjentom.

Charlie wmawiał sobie, że jest naznaczony, że ludzie go unikają, bo zawiódł, śmiał wyjść cało z tej strasznej historii, podczas gdy Claire zniknęła i nie wiadomo było, czy kiedykolwiek wróci. Samotność, w której głosy innych ludzi odbijały się od niego jak od szklanej tafli była straszna, ale jeszcze gorsza była świadomość, że Lucy miała rację i nigdy nie będzie w stanie otoczyć kogoś opieką.

Claire samą swoją obecnością tłumiła ten niepokój, sprawiała, że czuł się cokolwiek wart, a gdy zniknęła, to wszystko uderzyło weń ze zdwojoną siłą. Nawet ten fotel, w którym zwykła siadać i zapisywać swoje przemyślenia i emocje, nie budził już w nim radości. Claire zniknęła, a siedzenie miały niedługo zmyć morskie fale, ciepłe i słone niczym łzy.

Rozmowa z Rose, a raczej wstęp do prawdziwej rozmowy, sprawiła, że dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak bardzo sam jest na tej wyspie. Niektórzy nie mówili po angielsku albo niewiele robili dla ich społeczności, ale mieli żony, mężów czy rodzeństwo, a Walt poza ojcem miał jeszcze psa. Charlie jeszcze nigdy tak bardzo nie tęsknił za Liamem, z którym być może wreszcie by się dogadał, gdyby i jemu przyszło trafić na tą samą bezludną wyspę.

Długo się wahał, ale w końcu zdecydował się podejść do Irakijczyka, który właśnie zostawił swe rzeczy przy granicy drzew i czujnym wzrokiem rozglądał się po plaży.

— Sayid — zaczął cichym, wypranym z emocji głosem Brytyjczyk. — Pomożesz mi przenieść tamten pasażerski fotel? — dodał. Wiedział, że kto jak kto, ale Sayid z całą pewnością go nie wyśmieje.

Arab uśmiechnął się.

— Oczywiście, Charlie — odparł.

  • 1
Więcej w tym angstu niż fluffu, Pelle, nieuleczalny przypadku ;]

Ostatnie, co będę robić, to bić za Carlie. A Akzs dostała bonusowo Sayida i Charliego, więc prędzej Ci do stóp upadnie.

W porównaniu z innymi Twoimi, nie jest to może za dobry tekst - mam wrażenie, że myśl przewodnia się rozmywa. Ale Charlie mi gra. I motyw samego fotela, który tkwił tam cały czas i nikt nie zwracał na niego uwagi. Jak na Charliego. I na Claire :)

Przepraszam, że tak krótko.


Skajuś z informatyki

Więcej w tym angstu niż fluffu, Pelle, nieuleczalny przypadku ;]
U mnie nawet fluff musi być angstowy...

Wiem, myśl przewodnia mi się rozmyła - może dlatego, że był to ostatni tekst, jaki napisałam na fikaton, a prompt 7 strasznie dał mi w kość i pisałam z czystej desperacji?;P
Dzięki za komentarz. :)

  • 1
?

Log in